Blog sobie ostatnio cichutko leży w kącie i porasta pajęczyną. Bynajmniej nie z lenistwa czy braku inwencji. O nie. Życie toczy się wartko i dostarcza tylu tematów do pisania, że można się o nie potknąć. Wypisać by się człowiek chciał porządnie. Jednak od paru tygodni pojęcie czasu wolnego niepostrzeżenie wymaszerowało z mojego terminarza. Choć jestem tylko "siedzącą w domu" żono- matką, zarobiona jestem! ;) Ale to temat na inny raz. Dziś nie o tym.
W zeszłym tygodniu odwiedził mnie kuzyn. Choć dwadzieścia lat młodszy ode mnie, to jednak ukochany. Taki fajny, wrażliwy dzieciak. Mała też za nim przepada. Patrzy na niego, jak hipster na nowego iPhone'a i przynosi mu swoje ulubione zabawki :)
Miałam Młodego odebrać od mojej mamy z pracy. Mama ma swój sklep i zawsze jakoś tak się składa, że gdy ja do niego wchodzę, nagle nie wiadomo skąd pojawia się tłum klientów. Wyrastają jak z pod ziemi, pchają się drzwiami i oknami jak na otwarcie nowej galerii handlowej. No dobra, troszkę przejaskrawiam ;) Tym razem oczywiście też wyczuli moje przyjście i nadciągnęli stadem. Mama poprosiła, żeby chwilkę poczekać i nie wychodzić tak od razu, ale Młody wyraźnie już się nudził. Zabrałam więc jego i Małą na podwórko za sklepem. Nic wielkiego, parking, skwer z piaskownicą, trawnik i ławki. Ale przecież nawet z tak skąpymi zasobami można zrobić tyle rzeczy! Można zbudować z piasku zamek, miasto, garaż, pole... Można bawić się w berka, można na pisaku grać w kółko i krzyżyk. Piaskownica i ławki w zależności od potrzeb i inwencji mogą służyć jako statek piracki, sklep, komisariat policji itd. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy Młody... po prostu bezradnie usiadł na ławce. I nic. No po prostu nic! Nie dał się zachęcić do żadnej aktywności. Ze znudzeniem zauważył tylko, że nie ma tu żadnych urządzeń, takich jak huśtawki, czy karuzele.
No nie ma, to fakt. Ale ja w dzieciństwie też nie miałam takich atrakcji na podwórku, w ogrodzie, czy na pobliskiej łące. Ale czy były potrzebne? Z kuzynostwem, z koleżankami i kolegami, a czasami z dziadkiem bawiłam się wyśmienicie bez żadnych atrakcji, często nawet bez jakichkolwiek zabawek. Przemierzaliśmy odległe krainy, poszukiwaliśmy skarbów, uprawialiśmy ogródki- wszystko to, mając do dyspozycji jedynie kamienie, piasek i chwasty. Zabawki oczywiście miałam. I to naprawdę wspaniałe. Ale poza domem rzadko były nam one potrzebne.
Nieco później miałam okazję obserwować Młodego w innej sytuacji. Grał w grę komputerową. Wykazywał duży spryt, pojętność i zaangażowanie. Zupełnie nie przypominał tego znudzonego, bezradnego chłopca na ławce.
Kilka dni później wpadłam na chwilę do galerii handlowej. Przed sklepem z zabawkami jest wystawa klocków Playmobil. Między szklanymi gablotami zawierającymi ruchome klockowe cuda poustawiane są duże stoły. Na stołach zestawy klocków. Każde dziecko może usiąść i bawić się do woli (albo do zniecierpliwienia rodziców). Przyglądałam się właśnie jednej z kolorowych gablot, kiedy usłyszałam rozpaczliwy okrzyk jakiejś małej dziewczynki: "Ja nie mam się czym bawić!". Dziecko siedzące przy stole pełnym "wypasionych" klocków nie ma się czym bawić. Czy to nie ironia?
Tak mi się jakoś ta dziewczynka skojarzyła z moim Młodym. Zaczęłam się nad tym zastanawiać.
Zabawa jest w życiu dziecka ważna. Jest nie tylko rozrywką, ale też najlepszym sposobem nauki i poznawania świata. Rozwija kreatywność, wyobraźnię i sprawność ruchową. Wartość zabawy w rozwoju dziecka jest nieoceniona. Dlaczego więc dzieci nudzą się jak mopsy i mają jakąś trudności z zabawą? Przecież jest ona dla nich czymś pierwotnym, wrodzonym. Mała bawi się chętnie absolutnie wszystkim (z wyjątkiem drogich, markowych zabawek ;) ). Łyżka, korek, trawka, kamyk, papierowa torba- wszystko jest niesamowicie ciekawe i znajduje wiele zastosowań. Można na tych przedmiotach przeprowadzań niezliczone eksperymenty i łączyć je w przeróżne konfiguracje. I Mała nie jest tu (co matce przyznać niełatwo ;) ) żadnym geniuszem. Każde dziecko ma w sobie taki naturalny pęd do zabawy. Gdzie on się gubi? Dlaczego?
Odpowiedź znajdziemy chyba w przepełnionych pokojach dziecięcych. Laptopy, tablety, zabawki interaktywne i całe tony różnych innych zabawek zawalają dziecięcy świat. Kupujemy je, bo chcemy dać dzieciom wszystko, co najlepsze. Bo je kochamy. A czasami również- nie oszukujmy się- bo chcemy mieć święty spokój. Tymczasem te wszystkie cudeńka niepostrzeżenie przygaszają dziecięcą kreatywność i ekspresję. Nie będzie niczym odkrywczym, gdy stwierdzę, że dziecko, które ma absolutnie wszystko, nie musi się zbyt wiele wysilać, wyobrażać sobie. Nie musi pracowicie budować farmy z klocków, bo już ma farmę. Nie musi z precyzją i cierpliwością sklejać samolotu- bo go ma. Ma i... nie jest szczęśliwe. Jest znudzone.
Co zatem robić? Nie dawać dziecku zabawek? Wyrzucić przez okno każdy tablet, wynieść na śmietnik wszystkie zabawki i zakazać krewnym ich kupowania pod groźbą kary pozbawienia kontaktów? Ależ nie, oczywiście, że nie. Zabawki są potrzebne. Są cudowne. Sama do tej pory pamiętam ile radosnych godzin spędziłam przed moim domkiem dla lalek i mam go do tej pory- dla Małej. Zabawki dają dzieciakom dużo frajdy a ich brak może spowodować emocjonalne szkody. We wszystkim jednak potrzebny jest zdrowy rozsądek i umiar. Jeśli chcemy coś dziecku dać, dajmy mu... nasz czas. Wspólne rysowanie, granie w coś (nie ważne, czy to będzie gra planszowa, czy koszykówka), spacer- dadzą dziecku (i nam!) więcej radochy, niż nowe super klocki. Jak to mawia moja przyjaciółka: dwa razy mniej zabawek, dwa razy więcej uwagi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz