sobota, 20 czerwca 2015

Apetyczna notka o deszczu i jedzeniu robaków

Pogoda się załamała. Jeszcze tydzień temu upał wypędził nas z miasta nad jezioro. Mała w czasie swojej pierwszej kąpieli pluskała się jak nimfa wodna i ku uciesze ojca i przerażeniu matki spontanicznie zaczęła nurkować :) Dziś nie tylko nie ma upału, ale chłodny wiatr i deszcz sprawiają, że nie ma się ochoty wychylić nosa za próg.

Oczywiście, jak polska mądrość głosi, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Codzienne deszcze podlewają ogródki i ozdabiają miasto tęczą.
Mnie jednak ozdobiły tylko zaczerwienionym od kataru nosem ;)

Przeziębiłam się. Tak solidnie. Kiedy poczułam, że jakiś podstępny wirus atakuje moje gardło, zacny Mężon pognał do apteki. Kupił specyfik dla mam karmiących (Mała, mimo słusznego wieku trzynastu miesięcy jakoś nie myśli o rezygnacji z maminej piersi) czyli naturalny, delikatny i zdrowy, i w ogóle och i ach. Z propolisem i malinami. I na tych składnikach chciałabym poprzestać ale mój nieznośny pęd do wiedzy popycha mnie zawsze do wnikliwego czytania wszelkich ulotek, opisów i list składników. Toteż dowiedziałam się, że tabletki zawdzięczają swój piękny malinowy kolor bynajmniej nie malinom, ale sproszkowanym robalom... W składzie leku znajduje się koszenila, czyli barwnik pozyskiwany z robaczków, dalekich krewnych naszej poczciwej mszycy. Mniam!

Niedawno, czytając Travelera, rozmawiałam z Mężonem o tym, że nie bardzo nadaję się na globtroterkę, bo gdybym znalazła się na przykład gdzieś w południowoamerykańskiej dżungli i zmuszona była jeść  pieczone robactwo, to chyba poważnie groziłaby mi śmierć głodowa. Nie należę niestety do osób, które odważnie próbują wszystkiego. Nie usiadłabym z Wojciechem Cejrowskim (którego książki podróżnicze pochłaniam z ogromną przyjemnością) do zupy z małpy, nie poczęstowałabym się pieczoną tarnatullą. Moja pasja podróżnicza kończy się tam, gdzie kończy się "cywilizowane" jedzenie.

Jak się jednak okazuje, indiańskie zwyczaje kulinarne dopadają mnie same w moim własnym domu. Od dawna unikam czekolad z nadzieniem truskawkowym, czerwonych galaretek i innych "robaczywych" produktów. Muszę jednak pochłaniać suszone robaczki, jeśli chcę mieć zdrowe gardło (innych tabletek dla mam karmiących w okolicznych aptekach nie ma).
Fakt, że nie mam apetytu na egzotyczne jedzenie nie jest tu największym problemem. Koszenila sama w sobie toksyczna nie jest, ale w procesie pozyskiwania jej zostaje zwykle zaniczyszczona. I te właśnie zanieczyszczenia powodują u niektórych osób reakcje alergiczne, katar sienny, a nawet bardzo niebezpieczny wstrząs anafilaktyczny. Dla niewtajemniczonych dodam, że wstrząs anafilaktyczny to bardzo silna reakcja organizmu na alergen, która obejmuje między innymi duszności i wymioty. W skrajnych przypadkach prowadzi do śmierci.

Po co to wszystko? Po co dodawać do lekarstwa coś, co wielu ludzi brzydzi, nielicznych może nawet zabić, a dla prawidłowego działąnia leku jest zupełnie zbędne? Dlaczego tworzy się lek, który może tak bardzo zaszkodzić? Bo producent uznał, że naturalna barwa wyciągu z malin jest zbyt mało malinowa i trzeba ją "podrasować". Czy to ma sens? Dla mnie nie ma. Tabletki mają być przezież zdrowe, a nie ładne. Dla koncernów farmaceutycznych ma to jednak sens. To co ładne, sprzeda się lepiej i da większy zysk. Aż chciało by się zaśpiewać pioseneczkę braci Golców, przaśną, ale słuszną: "Pieniądze jednak, to nie wszystko, choć na nich twardo stoi świat..." :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz