środa, 19 sierpnia 2015

"Pijak" też człowiek

Szliśmy do parku- Mężon, Mała i ja- a on leżał na schodkach do zamkniętego sklepu.
Bezdomny alkoholik. Znamy go z widzenia. Wiemy dobrze, że pije. W tym stadium nie da się już tego ukryć. To już opadanie na dno, ten żałosny moment, gdy nałóg depcze człowieka, poniewiera nim. Znamy go, bo czasami zaczepia nas i domaga się pieniędzy. Nie, nie prosi. Domaga się. Ta natarczywość graniczy z agresją. Odmawiamy, bo wiemy, że to na alkohol. Mimo to jego widok nie budzi nigdy irytacji, tylko współczucie. Tak, współczuję mu serdecznie. Kłuje mnie w serce widok takiego upodlenia, takiej nędzy. Zastanawiam się, co się w jego życiu stało. W którym momencie coś poszło źle. Bo przecież nie zawsze był taki. Na pewno nie. Nawet jeśli niszczy swoje życie od wczesnej młodości, to przecież kiedyś musiał być dzieckiem. Takim słodkim, czystym i niewinnym maleństwem, jak Mała. Co się stało z jego życiem? Zawsze się nad tym zastanawiam…
Wyłożył się na brzuchu, głowa smętnie zwisała mu ze schodka, broda oparła się o kafelki. Pomyślałam z ulgą, że to dobrze, bo w tej pozycji na pewno nie zakrztusi się własnymi wymiocinami. Przystanęłam nad nim, żeby upewnić się, czy oddycha. Było widać delikatny ruch unoszących się i opadających pleców- wdech, wydech.
Za plecami usłyszałam dobrze mi znane słowa przechodnia: “Pani, on pijany jest”. Wypowiadane zawsze tym samym tonem, który oznacza, że przy pijanym nie warto się zatrzymać. Pijanemu się nie pomaga.

Niedawno pisałam o tym, że warto pomagać ludziom na ulicy (klik). Warto, bo może uratować to czyjeś życie, lub zdrowie. Wspomniałam też o eksperymencie społecznym, z którego wynika, że Polacy raczej nie garną się do pomagania. I właśnie to mi po łbie ostatnio chodzi. Dlaczego? Dlaczego nie wyciągamy pomocnej dłoni? Przecież każdy z nas chciałby otrzymać pomoc, gdyby jej potrzebował. I nie jest wykluczone, że każdy w którymś momencie życia będzie w takiej sytuacji. A mimo to nie dajemy innym tego, co sami byśmy chcieli otrzymać. No dlaczego, ja się pytam! Nie rozumiem…

Zajrzałam do swoich starych podręczników z psychologii. Niewiele tego, bo też nie moja to specjalność. Ciekawości mojej to nie wyczerpało, więc popytałam bliskich. I wiecie co? Często powtarzała się jedna odpowiedź: Jeśli ktoś leży na chodniku, to pewnie jest pijany. Pijany, czyli nic mu nie jest. Nie potrzebuje pomocy. Pochlał, to niech leży.

Przypominam sobie wiele takich sytuacji, gdy sama udzielałam komuś pierwszej pomocy. Wiele razy słyszałam od przechodniów: Pani zostawi go, on pijany jest!
Problem w tym, że ludzie, którym pomagałam, zazwyczaj pijani nie byli. Cukrzyca, epilepsja (padaczka), problemy z krążeniem, chory błędnik, odwodnienie w czasie upału… Wszystko to może wyglądać podobnie, jak upojenie alkoholowe. Na pierwszy rzut oka trudno to odróżnić. Jedynym skutecznym sposobem jest podejście i nawiązanie kontaktu.

Poza tym, nawet osoba upojona alkoholem, nawet ktoś nazywany pogardliwie “pijakiem”, czy jeszcze gorzej “żulem” jest człowiekiem i również może potrzebować pomocy. Choroba alkoholowa, bezdomność, nawet- mówiąc dosłownie- brud i odór nie powinny być powodem, dla którego pozwolimy komuś tak po prostu umrzeć bez otrzymania pomocy. Przecież nikt nie dał nam moralnego prawa by segregować ludzi na lepszych i gorszych. A taki “żul” może jeszcze w życiu osiągnąć więcej, niż ja.

Znakomitym przykładem może tu być mój znajomy, Henryk Krzosek. Myślę, że Heniu nie obrazi się, że się na niego powołuję, bo sam otwarcie mówi o swoim życiu w swoich programach i pisze w książce “Bóg znalazł mnie na ulicy i co z tego wynikło” (polecam). Henryk był właśnie takim brudnym, śmierdzącym (no nie owijajmy w bawełnę), bezdomnym alkoholikiem. Ludzie mijali go na ulicy obojętnie. Świadectwo jego życia na ulicy zawarte w książce było dla mnie… obrzydliwe. Wstrząsające. Po ludzku patrząc, był “nikim”. Teraz występuje w telewizji, pisze, a przede wszystkim pomaga ludziom lepiej żyć i daje nadzieję.

Dlatego warto dobrze się zastanowić, zanim minie się obojętnie jakiegoś “żula”. Tym bardziej, jeśli śpi w pełnym słońcu, albo na mrozie. Ja sama zawsze przystaję na chwilę i przyglądam się uważnie- czy się porusza, czy oddycha. Zazwyczaj to widać, nie trzeba ich nawet dotykać.
A co, jeśli jednak trzeba takiego człowieka dotknąć? Przecież można się czymś zarazić! Dobra wiadomość jest taka, że ani wirusem HIV, ani żółtaczką typu C nie można zarazić się przez sam dotyk. Złe wiadomości są dwie. Po pierwsze: owszem, człowiek, który grzebie w śmietnikach i raczej się nie myje, może mieć na sobie sporo chorobotwórczych drobnoustrojów. Po drugie: tak naprawdę, to chorobotwórczymi bakteriami i wirusami możemy się zarazić od każdego, a szczególnie od… swojego dziecka. Nie wierzycie? Sprawdźcie tutaj- klik.
Wracając jednak do udzielania pomocy, to sprawa jest prosta jak nogi Joanny Krupy. Wystarczy mieć przy sobie rękawiczki. Dobry zwyczaj, który pomaga w wielu nieprzewidzianych sytuacjach. Para lateksowych lub nitrylowych rękawiczek (polecam nitryle- są mocniejsze i nie uczulają) uchroni nas przed kontaktem z różnymi paskudztwami, szczególnie, jeśli musimy dotykać krwi lub innych płynów ustrojowych. Koszt jednej pary, to około 40 groszy i zmieści się ona w każdej kieszeni i torebce. Ktoś musiałby wyjść na ulicę chyba w samym bikini i japonkach, żeby nie mieć ich gdzie schować ;) A jeśli jeszcze znajdziesz w sobie na tyle motywacji, by kupić w aptece malutką maseczkę do sztucznego oddychania, to już w ogóle jesteś gotowy na każde wyzwanie :)
Kiedyś zawsze miałam przy sobie małą apteczkę- rękawiczki, gaziki, plaster, bandaż, maseczka. Teraz, szczerze mówiąc, moją torebkę zawalają pieluchy i inne niezbędniki Małej. Ale do apteczki trzeba wrócić. Przydaje się!

No dobra, przed jakimś zakażeniem można się zabezpieczyć- powiecie- ale osoby upojone bywają też agresywne. Jak zabezpieczyć się przed tym? Hmm, rzeczywiście, to się może zdarzyć. Choć mnie osobiście nigdy nie zdarzyło się, aby mnie ktoś zaatakował. A przecież nie jestem zbyt postawna.
Zasada jest prosta- gdy sprawdzamy, czy ktoś jest przytomny, gdy próbujemy obudzić, nigdy nie bijemy po twarzy. Wszystkie czynności wykonujemy spokojnie, by nie sprawiać wrażenia, że jesteśmy agresywni. Kiedy klękamy przy poszkodowanym, uklęknijmy tylko na jedno kolano, tak aby drugie stanowiło barierę między rękami poszkodowanego, a nami. Jeśli upojona osoba nagle się obudzi i wystraszona spróbuje nas uderzyć, kolano nieco nas osłoni.
Jeśli mimo to obawiacie się podejść do pijanego człowieka, a podejrzewacie, że coś mu jest, zadzwońcie po pomoc. Jeśli wybierzecie numer 112 i dokładnie opiszecie sytuację, dyspozytorka sama zadecyduje, kogo należy tam posłać. Wystarczy, że poczekacie w pobliżu na przyjazd straży miejskiej, policji lub ratowników medycznych.

Jasne, to zabiera cenny czas i wymaga odrobiny poświęcenia. Wywołuje pewien dyskomfort. Ale przecież ludzkie życie jest tego warte.

P.S.
Nie jestem ekspertem do spraw pierwszej pomocy. Przez kilka lat działałam w Maltańskiej Służbie Medycznej, ale to była bardzo dawno temu. Poza tym nigdy nie byłam instruktorem pierwszej pomocy. Dlatego jeśli chcecie zaczerpnąć rzetelnej i obszernej wiedzy na temat udzielania pomocy, zapiszcie się na profesjonalny kurs. Są organizowane w całej Polsce przez wspomnianą już MSM, uczelnie medyczne i inne organizacje. Wujek Google powiem Wam wszystko ;)

Jeśli macie jakieś uwagi lub refleksje odnośnie tekstu, zachęcam- piszcie.


foto: Austin Ban, www.unspash.com

1 komentarz:

  1. Fajnie dobrane zdjęcie. A tak jako refleksja: czasem się mówi, że się kogoś kocha momimo wszystko. Sprawdzić do można jak by sobie ktoś właśnie wyobraził drugą osobę w takim stanie, leżącego z głową w chodnik. Czy wtedy też. Albo czy ktoś potrafi kochać drugiego tak wielką miłością, by takiego człowieka zabrać z tamtąd wziąść do siebie, zaopiekować się nim, wyciągnąć go z nałogu i dać mu drugie życie. Jak bardzo pokochać by musiał takiego wyzwoliciela ten człowiek z marginesu społeczeństwa. Ja osobiscie, znam kilku takich właśnie ludzi. To skarb tak miłość.

    OdpowiedzUsuń