Kilka dni temu wyszłam z Małą i Mężonem na spacer. Bez wózka bo do parku mamy blisko a
samodzielne dreptanie sprawia Małej ogromną frajdę. Ewentualnie- gdy małe, pulchne nóżki się męczą- dobrze jest podróżować na ramionach taty :)
Od naszego domu do parku wiedzie ruchliwa ulica z kilkoma przejściami dla pieszych. Dlatego poza wózkiem zakładam Małej szelki bezpieczeństwa. Cudowny moim zdaniem wynalazek, dzięki któremu mam pewność, że moja rozbrykana kózka nie wpadnie pod samochód.
Gdy tak sobie spokojnie spacerowaliśmy, zaczepiła nas jakaś uśmiechnięta, złotowłosa dziewoja, która... pogratulowała nam odwagi. "Bo to ludzie tak krzywo patrzą, tak jadem plują na te szelki... Sama bym kupiła swojemu dziecku, tylko się boję co ludzie będą gadać". Okazało się, że złotowłosa pani, podobnie jak ja, śledziła kilka dni wcześniej na jednej z "fejsbukowych" grup gorący wątek na temat szelek właśnie. Oj, oj, co tam się nie działo... W miejscu, gdzie matki- miłości i niewieściej delikatności pełne- pomagać sobie mają, leciały gromy i inwektywy. Dowiedziałam się, żem matka leniwa, idąca na łatwiznę, że nie uczę dziecka dyscypliny (toż to grzech niemal!) ani samodzielności, że traktuję moje dziecko jak zwierzę (!), hamuję ciekawość poznawczą itd. Przyjęłam to ze spokojem. Nie wiem, czy całkowita niewrażliwość na to, co mi wygarnęła internetowa społeczność jest przejawem rozsądku, czy może jestem jakaś aspołeczna ;) Ale mniejsza z tym. Szelek w każdym razie używam nadal i bardzo je sobie chwalę. Zastrzeżenia wyrażone tak subtelnie przez zacne grono matek można moim zdaniem łatwo rozwiać.
- "Potrzeba trochę dyscypliny i cierpliwości do nauki chodzenia za rączkę, ale jak komuś się nie chce to wybiera lżejszą metodę tzw. smyczy. U mnie w rodzinie nigdy nie było czegoś takiego i jakoś dzieci potrafiły się słuchać i chodzić za rączkę. Dzisiaj widziałam przykład jak maluszek sam dał mamie rączkę do prowadzenia. Da się? Oczywiście, tylko trzeba tego chcieć". (To jeden z kilku podobnych głosów, w których generalnie chodziło o to, że przecież dziecko można nauczyć chodzić za rękę).
Kto powiedział, że mi się nie chce? Przeciwnie, zależy mi, uczę Małą przestrzegania zasad, pewnej dyscypliny. Uczę ją chodzenia za rękę (czasami owszem, podaje mi ją sama i idzie grzecznie przy mnie). Ale też rozumiem, że ta nauka będzie procesem. Dziecko osiąga jaką- taką zdolność samokontroli około trzeciego roku życia. Nie dlatego, że wcześniej mu się nie chce, czy jest złośliwe, nie dlatego, że leniwej matce się nie chce wychowywać dziecka. Tak po prostu rozwija się mózg. Od czternastomiesięcznego maluszka trudno wymagać dużej samokontroli i dyscypliny. I nie przeskoczę tego. Jeśli chcę osiągnąć dobre efekty wychowawcze, nie mogę tego dokonać siłą, gwałtem, tak, jak siłą nie uczyłam małej siadać i chodzić. Spokojnie czekam na jej gotowość rozwojową do każdego następnego kroku. Wiem, że ta gotowość przyjdzie. Puki co chodzenie jest dla Małej tak przyjemnym i fascynującym sposobem przemieszczania, stwarza tak wiele możliwości i dostarcza tylu odkryć, że pochłania ją bez reszty. Nic więc dziwnego, że Mała na ogół nie chce trzymać mnie za rękę. Ręka Mamy jest pomocna, gdy trzeba wdrapać się na schody i daje przyjemne poczucie wsparcia, gdy Mała czuje się onieśmielona. Ale tak poza tym, mamina ręka tylko przeszkadza. Bo gdy się chce obiema rączkami dotknąć kolorowego plakatu na słupie (zawsze to coś nowego, trzeba sprawdzić, jaki jest w dotyku i jak się zachowa pod naciskiem ręki), wyciągnąć obie rączki do wróbla, zerwać kwiatek z trawnika (to dopiero jest znalezisko!), to przecież nie można mieć jednej ręki uwięzionej. Dobrze to rozumiem i nie denerwuję się. Taki wiek, taki etap rozwoju.
- "Jestem przeciw takim rozwiązaniom. Dzieci uciekają bo są ciekawe wszystkiego albo potrzebują się wybiegać. Wystarczy im to umożliwić w bezpiecznych warunkach. Trzeba nauczyć gdzie można biegać,a gdzie iść za rączkę. Ochrona przed upadkiem to też żadna rewelacja. Bo jak nauczymy, że wszędzie ktoś za dziecko pilnuje bezpieczeństwa, to potem nie biedzie patrzeć gdzie idzie i dopiero będzie tragedia."
- "Tak ale to jest złudny luz, poznaje świat w przeświadczeniu że zawsze Ktoś Ją przed "niebezpieczeństwem" zatrzyma, uchroni. Dziecko powinno samo uczyć się co jest dobre i bezpieczne a co nie".
Słusznie, dziecku trzeba umożliwić swobodną aktywność. Pytanie tylko, gdzie? Nie mam ogrodu. Podwórko przy naszej kamienicy, hmm... delikatnie rzecz ujmując nie nadaje się do biegania nawet dla psa (dziury po pas, ostre kamienie i szkła). Mamy dużo miejsca w mieszkaniu i Mała bryka tu swobodnie, ale kto by chciał siedzieć ciągle w domu i nie wyściubiać nosa w takie piękne lato? Więc gdzie? W parku? Owszem, nieraz biega całkiem swobodnie. Wpada w dziury wykopane przez psy, pcha się pod jadące rowery i rozbujane huśtawki, wpada do fontanny, ale pozwalam jej na to, bo przecież nie mogę jej uczyć, że zawsze ktoś ją pilnuje- bo "dopiero będzie tragedia" ;) A tak na serio, u dziecka dostrzeganie zależności przyczynowo skutkowych oraz pamięć również rozwijają się stopniowo. Maluch w drugim roku życia zazwyczaj nie rozumie, że pcha się w niebezpieczeństwo. Jeśli raz przytrzasnął sobie szufladą paluszki, możliwe, że zrobi to ponownie. Choćby głupia, leniwa matka nie wiem jak starannie uczyła, gdzie można biegać, a gdzie nie, maluch nie nauczy się tego ot tak, w czasie jednego pstryknięcia palcami. Jego mózg jeszcze nie jest do tego zdolny. Zawsze trzeba pilnować bezpieczeństwa dziecka w tym wieku. A pogląd, że wyrobimy w ten sposób złe nawyki, że dziecko nie nauczy się przez to samo unikać niebezpieczeństw ma tyle samo sensu, co twierdzenie, że od noszenia w wieku niemowlęcym na rękach, dziecko nie nauczy się potem chodzić.
- "Skoro dziecko się buntuje i wyrywa to znaczy, że pozwalasz dziecku na takie zachowanie".
Dziecko się buntuje, bo uczy się niezależności. To nie tylko normalne, ale nawet konieczne. Przecież nie chcemy, żeby nasze dziecko było całe życie uzależnione od nas. Chcemy, żeby było dojrzałe, pewne siebie i swoich możliwości, niezależne, wolne i asertywne. Chcemy, prawda? Bunt jest normalnym i prawidłowym etapem prowadzącym ku temu. Z całą pewnością bunt nie jest wynikiem wychowawczych zaniedbań rodzica.
- "A mnie bardziej zszokował pomysł plecaczka i dopinania do niego paska 'smyczy'... To tak jak u zwierząt. Wiem, że jesteśmy ssakami, ale chyba jeszcze górujemy nad zwierzętami? Chyba nie jestem tak nowoczesna, bo dla mnie to trochę sadystyczne".
Malutka dziecięca rączka ma naprawdę niesamowite zdolności w dziedzinie wyrywania się z rodzicielskiej ręki. Zdolności te mogą przejawić się w najmniej dogodnym momencie, to jest na ulicy lub w gęstym tłumie. Czy ochrona dziecka przed zaginięciem, albo co gorsza- śmiercią pod kołami auta, to sadyzm? Rozumiałabym ten pogląd, gdyby jeszcze noszenie szelek było jakkolwiek bolesne, lub niewygodne. Ale dziecko zazwyczaj wcale nie czuje, że je ma. Więc gdzie tu sadyzm, gdzie okrucieństwo? Skojarzenie z psem też do mnie nie przemawia. Psu zakłada się na szyję obrożę. Głównie dla bezpieczeństwa innych, po to, by ludzie dookoła nie musieli się obawiać zachowania psa. Tymczasem ja niczego Małej na szyję nie zakładam i nie boję się, że pogryzie sąsiadkę ;) Szelki są po to, by chronić Małą, a nie chronić ludzi przed nią. Zatem psia analogia jest nieuzasadniona.
Gdzieś tam padały jeszcze dwa argumenty przeciw. Mianowicie:
- Ograniczam swobodę dziecka w poznawaniu świata, zmuszam je, by chodziło tylko tam, gdzie chcę i nie pozwalam na naturalną ekspresję.
- Wyrządzam dziecku krzywdę, używając smyczy do nauki chodzenia.
Odnośnie pierwszego, to każdy, kto widział nas razem na spacerze, wie, że wygląda to zgoła odwrotnie. Właściwie, to Mała prowadza na smyczy mnie. Ona sobie chodzi gdzie chce, podziwia, poznaje i zachwyca się do woli, a ja grzecznie i bez sprzeciwu chodzę za nią. Trzymam się pokornie tej smyczy, zachwycam się razem z nią i staram się nie przeszkadzać. Interweniuję w wypadkach niebezpieczeństwa.
Jeśli chodzi o drugi argument, to również nie jest prawdziwy. Szanuję swoje dziecko. Ufam naturalnemu instynktowi Małej i zawsze spokojnie czekałam na jej gotowość do każdego kolejnego etapu rozwoju. Nie zmuszałam jej do siadania, raczkowania, chodzenia. Nie poganiałam. Dziecka nie wolno poganiać. Ono ma swój czas. Swoją indywidualną porę. Samo czuje, kiedy jest gotowe. Nie było w naszym domu chodzika (Mężon jest fizjoterapeutą i stanowczo twierdzi, że chodzik wyrządza dziecku krzywdę). Szelek również nie używamy i nikomu nie polecamy używać do nauki chodzenia. Używamy ich od czasu, gdy Mała sama zaczęła chodzić. A właściwie, to od momentu, gdy zaczęła śmigać jak mały gepard (proszę wybaczyć porównanie do zwierzęcia, już więcej nie będę!). Do nauki chodzenia nie nadaje się ani chodzik, ani szelki. Wystarczy delikatne rodzicielskie wsparcie i dziecięca wytrwałość w dążeniu do celu.
Kończąc jednak ten długaśny wywód, jestem zdecydowaną zwolenniczką szelek. Staram się nie ograniczać swojego dziecka, szanuję je, uczę zasad bezpieczeństwa i dyscypliny. Ale jestem spokojniejsza, wiedząc, że mała pulchna rączka nie wyrwie się z mojej ręki przed jadącym samochodem. Inne mamy oczywiście mają prawo do innej opinii. I ja to prawo również szanuję. Proszę tylko o to, by nie oceniać mnie tak surowo za to, że ja myślę inaczej. Głosy, które tu przytoczyłam były jeszcze dość łagodne, bez inwektyw. Ale bywały i gorsze. Mickiewicz w grobie się przewraca widząc, jak Polacy w nosie mają jego maksymę, że "grzeczność należy się wszystkim". Szanujmy się wzajemnie, drogie Mamy. To nic nie kosztuje.

Ok rozumiem kontrargumenty. A argumenty "ZA" korzystaniem z szelek?
OdpowiedzUsuńPozdrawiam;)
OdpowiedzUsuńFajnie, że się odezwałaś- pierwsza odważna ;) Argumenty "za" też wynikają z tekstu- Mała jest bezpieczna nawet wtedy, gdy nie chce chodzić za rękę. Nie wpadnie pod samochód. Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuń